Jadąc przez amerykańskie przedmieścia albo mniej uczęszczane trasy stanowe, łatwo natknąć się na widok, który przypomina scenografię z filmu postapokaliptycznego. Zardzewiałe dystrybutory, wybite szyby w dawnych budkach obsługi i wyblakłe szyldy, których nazwy marek dawno zniknęły z rynku. To nie są pojedyncze przypadki. W Stanach Zjednoczonych istnieją tysiące takich miejsc, które nazywamy brownfields – czyli terenami poprzemysłowymi, które wymagają oczyszczenia.
Problem ukryty pod ziemią
Największy kłopot nie leży w samym wyglądzie tych ruin, ale w tym, co zostało pod powierzchnią gruntu. Każda stacja benzynowa posiadała podziemne zbiorniki paliwa (UST – Underground Storage Tanks). Przez dziesięciolecia metalowe zbiorniki korodowały, a nieszczelne przewody powodowały wycieki benzyny, oleju napędowego czy benzenu bezpośrednio do gleby i wód gruntowych.
Według danych amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), od momentu uruchomienia programu monitoringu, zidentyfikowano ponad 560 tysięcy przypadków wycieków z takich zbiorników. Choć większość z nich została już w jakiś sposób zaadresowana, wciąż tysiące stacji pozostaje w zawieszeniu. To tykająca bomba ekologiczna, która zatruwa lokalne zasoby wody pitnej i obniża wartość nieruchomości w całej okolicy.
Kto za to płaci i kto sprząta?
To pytanie, które spędza sen z powiek samorządom. W teorii odpowiedzialność spoczywa na właścicielu nieruchomości. Prawo federalne (CERCLA, znane jako Superfund) jest bardzo surowe: zanieczyszczający płaci. Problem pojawia się, gdy właściciel stacji zbankrutował 20 lat temu, firma paliwowa przestała istnieć, a teren stał się tzw. „nieruchomością sierocą”.
W takich sytuacjach do gry wchodzą stanowe fundusze powiernicze (Leaking Underground Storage Tank Trust Funds). Są one zasilane głównie z niewielkich opłat doliczanych do każdego galona paliwa kupowanego na stacjach. To dzięki tym pieniądzom EPA oraz stanowe agencje ochrony środowiska mogą przeprowadzać tzw. remediation, czyli remediację gruntu. Nie jest to tania zabawa – usuwanie skażenia to proces kosztujący od dziesiątek tysięcy do nawet milionów dolarów w przypadku poważnych wycieków.
Nowe życie dla starych ruin
Czy to oznacza, że te miejsca są stracone na zawsze? Absolutnie nie. Wiele miast w USA prowadzi programy rewitalizacji terenów brownfields. Zamiast zostawiać straszące pustostany, przekształca się je w nowoczesne przestrzenie. W miejscach po starych stacjach powstają dziś kawiarnie, ogrody społecznościowe, a nawet punkty ładowania samochodów elektrycznych.
Władze oferują inwestorom ulgi podatkowe i gwarancje prawne, że nie będą oni pociągnięci do odpowiedzialności za zanieczyszczenia historyczne, o ile przeprowadzą profesjonalną dekontaminację gruntu. To skuteczny sposób, by „wyczyścić” okolicę i przywrócić ją mieszkańcom. Programy te są wspierane przez EPA, która co roku przekazuje setki milionów dolarów dotacji na oceny środowiskowe i czyszczenie gruntów.
Wyzwanie na przyszłość
Mimo ogromnych nakładów pracy, problem nie znika z dnia na dzień. Zmiana modelu transportu i odchodzenie od paliw kopalnych sprawia, że w najbliższych latach możemy spodziewać się fali kolejnych „opuszczonych” stacji. Jeśli stacje nie będą dochodowe, ich właściciele mogą po prostu zostawić je z pustymi zbiornikami, co znów postawi przed nami wyzwanie: kto tym razem zajmie się czyszczeniem?
Kluczem do sukcesu nie jest tylko sprzątanie, ale przede wszystkim prewencja i ścisłe monitorowanie istniejących punktów. Dzisiejsze technologie pozwalają wykryć nieszczelność niemal w czasie rzeczywistym, co drastycznie ogranicza skalę zanieczyszczeń w porównaniu do tego, co działo się w latach 70. czy 80. XX wieku. Ameryka uczy się na błędach, ale droga do pełnego oczyszczenia krajobrazu z pozostałości ery benzyny jest jeszcze długa.




Dodaj komentarz