Kiedy idziemy do lekarza, zazwyczaj nie zastanawiamy się, skąd biorą się pieniądze na leki, wizyty u specjalistów czy skomplikowane operacje. Płacimy składki, machamy kartą ubezpieczenia i chcemy po prostu świętego spokoju oraz skutecznego leczenia. Jednak system ochrony zdrowia w Polsce przypomina dziś rozciągniętą do granic możliwości gumę od majtek. W 2026 roku publiczne wydatki na zdrowie mają sięgnąć 250,4 mld zł lub 247,8 mld zł, co na pierwszy rzut oka wygląda na ogromną sumę. Ale czy to wystarczy, żeby utrzymać nas przy życiu w dobrym stanie?
Gdzie podziewają się te miliardy?
Z pozoru rosnące kwoty robią wrażenie. W porównaniu z poprzednim rokiem do systemu wpłynęło o jakieś 23,8 do 25,5 mld zł więcej. Państwo ratuje sytuację między innymi dotacją podmiotową dla Narodowego Funduszu Zdrowia, która w 2026 roku wzrosła z 18,35 mld zł do aż 26 mld zł. Wydawałoby się, że kasa płynie szerokim strumieniem. Dlaczego więc w przychodniach wciąż brakuje limitów, a na wizytę u kardiologa czekamy miesiącami?
Problem tkwi w tempie, w jakim rosną koszty. Koszty realizacji świadczeń medycznych dla NFZ pędzą 2,5 raza szybciej od inflacji. Szpitale muszą płacić więcej za prąd, jedzenie dla pacjentów, sprzęt i oczywiście za pracę personelu. W efekcie budżety topnieją w oczach. Jak policzyli eksperti SGH, łączny brak w finansowaniu ochrony zdrowia w latach 2025-2027 może sięgnąć gigantycznej kwoty 111,4 mld zł.
Dlaczego cel ustawowy to wciąż tylko teoria?
Wielokrotnie słyszeliśmy o wielkich obietnicach dojścia do odpowiedniego poziomu finansowania zdrowia z budżetu państwa. Jak to wygląda w praktyce? Realny udział publicznych wydatków na zdrowie w prognozowanym na 2026 rok PKB Polski wynoszącym 4152,5 mld zł wynosi 6,03% PKB. To o 0,77 pkt proc. poniżej celu ustawowego. Co prawda, licząc według sztywnej metodologii ustawowej, czyli odcinając wydatki do PKB sprzed dwóch lat, czyli z 2024 roku, wychodzi 6,81% PKB, ale rzeczywistość boleśnie weryfikuje te słupki.
Szacowana luka finansowa w ochronie zdrowia do 2027 roku w relacji do docelowego poziomu 7% PKB ma wynieść aż 42,6 mld zł. Pacjenci odczuwają to na co dzień. Skoro system nie dopłaca, to kto płaci? Odpowiedź jest prosta: my sami.
Składka to za mało, czyli leczenie z własnej kieszeni
Polacy coraz śmielej sięgają do portfeli, żeby ratować zdrowie poza kolejką. W ciągu ostatnich dwóch lat prywatne wydatki Polaków z kieszeni na zdrowie wzrosły od 1,7% do 1,9% PKB, zbliżając się do kwoty około 70 mld zł. Płacimy za wizyty u prywatnych lekarzy, za badania krwi, za droższe leki w aptece. Chcemy czuć się bezpiecznie, więc wolimy zapłacić raz a dobrze, niż czekać w nieskończoność na NFZ.
Ta sytuacja rodzi jednak ogromne nierówności. Ci, których stać na prywatne abonamenty i komercyjne zabiegi, radzą sobie jako tako. Ci, którzy liczą każdą złotówkę, zostają zdani na łaskę systemu, który pęka w szwach. Szczególnie jaskrawo widać to przy leczeniu najdroższych przypadków. Według danych NFZ z października 2026 roku, wartość refundacji świadczeń i leków przeznaczona łącznie dla zaledwie 100 pacjentów o najwyższych kosztach leczenia zamknęła się w kwocie 350 mln zł. Jeden pacjent potrafi pochłonąć miliony, a pieniędzy w puli ubywa dla wszystkich.
Dlaczego chorujemy częściej i drożej?
Statystyki pokazują, że Polacy coraz częściej trafiają do szpitali. W 2024 roku odnotowano aż 12,6 mln hospitalizacji, podczas gdy w 2022 roku było ich 10,2 mln. Z czego to wynika? Społeczeństwo się starzeje, a nasz styl życia pozostawia wiele do życzenia. Przeciętna długość życia w Polsce wynosi obecnie 78,4 roku, co wciąż odbiega od średniej w krajach OECD wynoszącej 81,1 roku.
Co gorsza, wskaźnik umieralności możliwej do uniknięcia wynosi u nas 316 na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w rozwiniętych krajach to średnio 222. Dlaczego tak się dzieje? Bo w Polsce kuleje profilaktyka. Na bieżące wydatki związane z zapobieganiem chorobom przeznaczamy zaledwie 1,7 proc. wydatków na zdrowie. Dla porównania, średnia w krajach OECD to około połowa więcej, a średnia w UE wynosi 202,2 euro na mieszkańca, podczas gdy w Polsce to mizierne 21,6 euro. Wolimy leczyć skutki, kiedy jest już za późno i jest drogo, zamiast zapobiegać, kiedy jest tanio i prosto.
Jak wyjść z tej finansowej zapaści?
Eksperci głowią się nad reformami, ale prostych rozwiązań brak. Zamiast pompować kolejne miliardy w czarną dziurę szpitalnego zadłużenia, potrzebna jest głęboka zmiana podejścia do pacjenta i zarządzania groszem publicznym. Bez mądrego dofinansowania profilaktyki i zatrzymania lawinowego wzrostu kosztów procedur, polski pacjent nadal będzie zakładał zbiórki w internecie na ratowanie życia, a system będzie ledwo dyszał pod własnym ciężarem.




Dodaj komentarz