Kupujesz kamerę samochodową, bo chcesz czuć się pewniej na drodze. Montujesz ją na szybie, ustawiasz ostrość i od tej pory każda stłuczka, każdy „mistrz prostej” wymuszający pierwszeństwo czy dziki wbiegające przed maskę zostają nagrane. Człowiek czuje się jak szeryf, któremu nikt nie podskoczy, bo wszystko jest na „taśmie”. Potem wracasz do domu, zrzucasz plik na komputer i widzisz genialne wideo, jak jakiś kierowca BMW odstawia cyrk na rondzie. Ręka sama się rwie, żeby wrzucić to na YouTube albo TikToka z „śmiesznym” podpisem. I tu pojawia się spory problem, bo prawo wcale nie patrzy na to tak łaskawie jak algorytmy społecznościowych platform.
Co wolno w aucie, czyli RODO na przedniej szybie
Z prawnego punktu widzenia sprawa wygląda tak, że nagrywanie tego, co dzieje się wokół naszego pojazdu, jest jak najbardziej legalne, ale pod pewnymi warunkami. Zgodnie z art. 2 ust. 2 lit. c rozporządzenia RODO, rejestrowanie trasy i trzymanie materiałów wyłącznie na własny użytek domowy nie łamie przepisów o ochronie danych osobowych. To oznacza tyle, że możesz sobie oglądać te nagrania do kolacji z rodziną, płakać nad głupotą innych albo trzymać je na dysku jako cyfrowy album z podróży.
Schody zaczynają się w momencie, gdy „użytek domowy” zamienia się w publiczne show. Każdy kierowca, pieszy czy rowerzysta ma prawo do swojej prywatności i ochrony wizerunku. Nawet jeśli popełnił błąd na drodze i zajechał ci drogę, to nie daje ci automatycznie zgody na robienie z niego gwiazdy internetu. Opublikowanie takiego filmu w sieci bez odpowiedniego przygotowania materiału to najprostsza droga do kłopotów prawnych.
Jak wrzucić film do sieci i nie trafić przed sąd
Jeśli bardzo chcesz podzielić się nagraniem z internetem – bo na przykład nagrałeś coś niesamowitego i chcesz ostrzec innych – musisz pobawić się w cenzora. Publikacja materiału wideo w sieci wymaga pełnej anonimizacji. To nie jest zwykłe wrzucenie pliku. Musisz skutecznie zamazać twarze wszystkich uczestników ruchu, którzy pojawiają się na kadrze. Do tego dochodzi usunięcie lub zasłonięcie elementów, które pozwalają na identyfikację danej osoby lub pojazdu, w tym numerów tablic rejestracyjnych w spornych interpretacjach.
Krótko mówiąc: zanim film trafi do sieci, twarze i numery rejestracyjne muszą być zamazane tak, żeby nikt nie rozpoznał sąsiada czy znajomego z osiedla. Zrobienie tego porządnie wymaga czasu i chociażby podstawowego programu do montażu wideo. Dlatego większość nagrań „z drogi” wrzucanych na polski YouTube to po prostu igranie z ogniem i potencjalne pozwy o naruszenie dóbr osobistych.
Kiedy można legalnie pokazać film policji
Inaczej sprawa wygląda, gdy nagranie ma służyć wyższej konieczności, czyli ukaraniu pirata drogowego albo wyjaśnieniu winy podczas stłuczki. Przekazywanie oryginalnych, niepublikowanych publicznie nagrań bezpośrednio organom ścigania, czyli policji, albo ubezpieczycielom w celu udowodnienia wykroczenia lub kolizji, jest w pełni legalne. Policja nie potrzebuje zamazanych twarzy, bo traktuje takie pliki jako postępowanie dowodowe.
W takiej sytuacji wideorejestrator staje się najlepszym przyjacielem kierowcy. Zamiast wrzucać filmik na fejsbuka, żeby zbierać lajki od znajomych, lepiej wysłać zgłoszenie na specjalną skrzynkę polskiej policji „Stop Agresji Drogowej”. Wtedy materiał trafia tam, gdzie powinien, a ty nie martwisz się o RODO, bo państwowe instytucje mają prawo przetwarzać takie dane w celach ścigania wykroczeń.




Dodaj komentarz