Rok 2027 zapowiada się jako „moment prawdy” dla europejskiej motoryzacji. Producenci aut, podwykonawcy i sami kierowci z niepokojem patrzą w kalendarz, zastanawiając się, jak nowe przepisy wpłyną na ceny w salonach. Jesienią sytuacja zaczęła jednak nieco „mięknąć”. W grudniu tego roku zaplanowano kluczowe głosowanie plenarne Parlamentu Europejskiego, które może zadecydować o tym, czy unijna polityka klimatyczna da branży odetchnąć.
Przełom w Brukseli – czy politycy idą po rozum do głowy?
Jeszcze niedawno wizja całkowitego zakazu sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku wydawała się wykuta w kamieniu. Jednak 4 listopada 2026 roku komisje środowiska i transportu Parlamentu Europejskiego poparły złagodzenie unijnych wymogów emisyjnych. To sygnał, że presja ze strony rynku i kierowców przynosi skutek.
Zamiast bezkompromisowego zera emisji, zaproponowano poziom redukcji CO2 dla nowych samochodów osobowych do 2035 roku na poziomie 87,5 proc. Z kolei dla aut dostawczych cel ma wynieść 80 proc. zamiast wcześniejszych stu. Pojawiła się też furtka w postaci dodatkowego limitu redukcji o 7,5 proc., który producenci mogliby ugrać dzięki stosowaniu niskoemisyjnej stali produkowanej na terenie Unii Europejskiej.
Koszty produkcji pod lupą – ile zaoszczędzą producenci?
Każda zmiana w przepisach to dla fabryk potężne koszty przezbrojenia linii produkcyjnych. Bruksela zauważyła w końcu, że biurokracja dusi europejski przemysł. Planowane uproszczenie przepisów ma przynieść aż 706 milionów euro rocznych oszczędności administracyjnych dla europejskich producentów.
Pytanie tylko, czy te oszczędności faktycznie przełożą się na niższe ceny aut w salonach. Fabryki muszą bowiem inwestować w czystsze technologie, a koszty certyfikacji i badań nowych modeli ciągle rosną. Do tego dochodzą nowe normy czystości spalin, które wchodzą w życie dla pojazdów ciężkich i autobusów. Dla nowych typów takich pojazdów norma Euro VII ma obowiązywać od 29 listopada 2029 roku, po 18-miesięcznym przesunięciu, a rok później obostrzenia obejmą już wszystkie nowe pojazdy ciężkie i autobusy z homologacją.
Co to oznacza dla zwykłego Kowalskiego?
Kierowcy pytają najprościej: czy samochody będą tańsze? Na gwałtowny spadek cen nie ma co liczyć. Choć złagodzenie celów emisyjnych zdejmuje z producentów bat natychmiastowych, gigantycznych kar za przekroczenie norm, koszty samej transformacji technologicznej wciąż są ogromne.
Kupując auto w najbliższych latach, nadal będziemy płacić za „zieloną” innowacyjność. Zmienia się jednak coś ważnego – rynek dostaje czas na oddech, a fabryki nie muszą stawiać wszystkiego na jedną kartę napędu elektrycznego, jeśli koszty jego masowej produkcji przerosną portfele klientów.




Dodaj komentarz